Spotkanie z autorem „Cieni”, Wojciechem Chmielarzem

We wtorek gościem rybnickiej biblioteki był autor kryminałów, Wojciech Chmielarz. Pisarz odpowiadał na pytania odnośnie najnowszej książki „Cienie”, które są piątą odsłoną cyklu o komisarzu Mortce. Przygotowując się do pytań przeczytałam wszystkie dostępne wywiady i opinie, i zwróciłam uwagę na to, że już teraz mówi się o tym, że „Cienie” mogą być jednym z lepszych kryminałów bieżącego roku. Sama podzielam to zdanie, bo mimo objętości, przeczytałam „Cienie” niemal jednym tchem. 

Pan Wojciech Chmielarz i ja w roli moderatorki spotkania. Zdjęcie: https://www.biblioteka.rybnik.pl/

„Cienie” ujawniają sieć powiązań stołecznych policjantów z gangsterami. Akcja powieści rozgrywa się co prawda kilka lat temu i choć zamyka wątki z dotychczasowych części cyklu, doskonale można się w niej odnaleźć nawet bez znajomości poprzednich "odcinków'. Choć autor przyznał, że to na razie koniec serii z Jakubem Mortką, to jednak nie przekreśla tej postaci.  

Czytając „Cienie” zwróciłam uwagę na zaburzenie zwyczajowego policyjnego tandemu: Mortka i jego partner, Kochan, raczej ścierają się ze sobą, rywalizują, bardziej byłabym skłonna uczynić Suchą (moja faworytka), dość oryginalną policjantkę, partnerką głównego bohatera. Także intryga kryminalna niby od początku była oczywista, ale w miarę czytania autor przeczołgał nas (czytelników) po zakamarkach drugiego dna. Chociaż jest to moje pierwsze spotkanie z Mortką, już teraz obiecuję sobie sięgnąć po wcześniejsze części, a z racji tego, że jestem urodzoną gliwiczanką, nie mogę nie przeczytać także i pozostałych powieści. 

Autor zagadnięty o cykl gliwicki odpowiedział, że Dawid Wolski pojawi się jeszcze tylko raz, bo formuła z „najgorszym detektywem w Polsce” powoli się wyczerpuje – „ta postać nie rozwija się”, więc nie ma czego zaoferować czytelnikom. 
A już w maju ma się ukazać kryminał psychologiczny, której oś fabuły będzie skupiała się wokół zaginięcia nastolatki.

Kryminały ukazujące się na naszym rynku wydawniczym są w większości pisane skrupulatnie, ponadto dotykają wielu ważnych kwestii, na czym nie traci warstwa czysto rozrywkowa. Według pana Wojciecha kryminał jest spadkobiercą literatury wagonowej, co nie znaczy, że ma być pisany sztampowo i bez dobrego researchu. Być może waśnie w kryminale tkwi ratunek przed upadkiem czytelnictwa w Polsce. 

Padły również pytania o inne gatunki literackie, jak w przypadku „Królowej głodu” (postapokaliptyczne fantasy, wydane kilka lat temu), jednak autor dobrze czuje się w konwencji kryminału. 


Chmielarz opowiadał także o pracy u Piotra Niemczyka, byłego szefa UOPu, stykał się wówczas zawodowo z byłymi policjantami, agentami służb specjalnych, co miało późniejszy wpływ na fabułę i klimat powieści. 

Niemal równocześnie z „Cieniami” ukazała się reedycja „Podpalacza”. Jednakże ze względu na prawa, nie można na razie mówić o wznowieniu wcześniejszych powieści w nowej szacie graficznej. 

Oczywiście nie zabrakło pytań ze strony publiczności, między innymi o inspiracje, ulubionych twórców kryminałów (tu padły nazwiska Anny Kańtoch oraz Zygmunta Miłoszewskiego), a także o „dzień pracy pisarza”. 

Po spotkaniu, już niejako za kulisami zawiązała się rozmowa odnośnie spadku czytelnictwa i wpływie lektur na ten opłakany stan. Podzielam zdanie pana Wojciecha, że dzieci i młodzież odrabiają istną pańszczyznę sięgając z musu po literaturę archaiczną, w większości niezrozumiałą i nieatrakcyjną. Ale to już temat na zupełnie inną dyskusję…

Za możliwość lektury najnowszej powieści Wojciecha Chmielarza dziękuję 

Babciu, dziadku... Jak to wtedy było?

Dzisiaj na Setnej Stronie coś nietypowego, a mianowicie - gra planszowa. Mam nadzieję rozpocząć nowy cykl, w którym raz w miesiącu będę prezentowała jakąś rodzinną planszówkę, sprawdzoną i ograną przez naszą trójkę. 
źródło: https://moidziadkowie.pl/pl/64-nowa-gra-jak-to-wtedy-bylo.html

Na pierwszy ogień idzie dość niekonwencjonalna gra międzypokoleniowa. "Babciu, dziadku... Jak to wtedy było?" to bardziej pretekst do odkrywania rodzinnych anegdotek; nie chodzi tu o zdobywanie pól, czyli cytując klasyka "nie chodzi o to by złapać króliczka". I równie dobrze obyłoby się bez planszy, bo można by grać tylko kartami. 

Na pierwszy rzut oka gra może się kojarzyć z "Kolejką", czy "Pan tu nie stał", ale to tylko wrażenie. Może dlatego, że karty zawierają podobne "retro" artykuły, jak radio tranzystorowe, gramofon Bambino, buty Relax, etc. 

Przy okazji gry nastąpiła prezentacja starych pieniędzy młodemu pokoleniu ;)

W pierwszym etapie losujemy karty i opowiadamy o skojarzeniach z nimi - dykteryjka, czy wspomnienie musi dotyczyć konkretnego przedmiotu, czy osoby z wylosowanej karty. W kolejnej rundzie pozostali gracze muszą wykazać się spostrzegawczością i wyłapać z opowieści odpowiedź na pytanie podane w zestawie kart. 

Grę wzięliśmy do babci. Grały trzy pokolenia. Niektóre wspomnienia mieliśmy oczywiście wspólne, ale i dowiedziałam się kilku nowych śmiesznostek z życia mamy i męża. Nie wiem jak Wy, ale my dość luźno traktujemy instrukcję obsługi gier i zmieniając, czy może raczej naginając reguły, przedłużaliśmy grę a przez to i przyjemność jej rozgrywania. Po grze po prostu oglądaliśmy pozostałe karty, przypominając sobie PRLowskie "skarby".

Grę bardzo serdecznie polecam. Sprawdza się zarówno w gronie przyjaciół jak i rodziny. Dobrze jest grać w więcej niż trzy osoby, a szczególnie kiedy grę rozgrywają więcej niż dwa pokolenia.


Babciu, dziadku... Jak to wtedy było? możecie kupić bezpośrednio na stronie wydawcy: 
Chociaż Dzień Babci i Dzień Dziadka już za nami, warto zapoznać się z tym tytułem, zwłaszcza w naszym zabieganym świecie, w którym zanika umiejętność rozmowy i dzielenia się wspomnieniami. 

Setna Strona poleca... Blogi #1

Chciałam Wam polecić dziś pięć świetnych blogów, na które regularnie zaglądam. Inspirują mnie, dzięki nim dopisuję kolejne tytuły do spasionej listy książek do przeczytania. Co miesiąc postaram się wymienić pięć blogów wartych przybliżenia. Jest to wybór bardzo subiektywny; poniższe blogi odwiedzam z wielką przyjemnością, czytam posty i niekiedy zostawiam jakiś ślad. To pięć naprawdę dobrze prowadzonych i mądrze pisanych kawałków internetowej przestrzeni.


Literackie Skarby Świata Całego to blog skupiony wokół literatury czeskiej. Blog bowiem wziął nazwę od tytułu jednej z książek Bohumila Hrabala, choć nie ogranicza się jedynie do sięgania po naszych południowych sąsiadów. Naia, autorka bloga, prócz znanych nazwisk takich jak Pavel, Hrabal czy proponują także mniej znane, a warte polecenia nazwiska i tytuły, które z racji wykształcenia może zaproponować (autorka bloga jest bowiem z wykształcenia bohemistka).

W Zaciszu Biblioteki to blog prowadzony przez Zbyszka Kwiatkowskiego. Zacisze proponuje czytelnikom podróż przez dwudziestowieczną klasykę literatury, z naciskiem na Chandlera, Cortazara, Lema czy Sandora Marai, oraz Nabokova. Prócz recenzji można przeczytać ciekawe cytaty, czy nawet wiersze. Lubię tam zaglądać, poczytać co Zbyszek pisze o niema zapomnianych w ferworze nowości powieściach.

Anna z bloga Przeczytałam książkę i ja mamy wiele wspólnego. Często widzę u niej tę samą pozycję, za którą się zabieram, lub która właśnie przeczytałam. Wiem, że jeżeli coś jej się spodoba, na 99% i mnie trafi w gust. Anna prowadzi wyzwanie-zabawę Stosikowe Losowanie.

Przestrzenie tekstu zwróciły moja uwagę... pięknymi, klimatycznymi fotografiami. Oczywiście zaczęłam czytać bloga Luki Rhei regularnie, by odkryć kolejną pokrewną duszę. Niedawno doszłyśmy do wniosku, że obie mamy słabość do Stasiuka. Na blogu znajdziecie wyzwanie Klasyka Horroru.

Rozkminy Hadyny to blog anglistki i miłośniczki wszystkiego co brytyjskie. Z racji wykształcenia oraz zamiłowania czyta również po angielsku. Blog skrzy się tytułami począwszy od klasyki do prozy współczesnej. Nie brak tu także dobrze podanej, szeroko rozumianej popkultury i mądrych przemyśleń.

Podsumowanie stycznia [1/2018]

Zapraszam na pierwsze na blogu podsumowanie miesiąca. Do tej pory ukazywały się jedynie roczne zestawienia, ale idąc z duchem czasu od tej pory będą się pojawiały regularnie.


Pierwszy miesiąc roku przyniósł mi niezwykłą obfitość. Przeczytałam osiem książek, a dziewiątą czytam razem z synkiem:

Światło, którego nie widać - Anthony Doerr – bardzo dobra książka, cieszę się, że mogłam zacząć rok z tak dobra prozą.

Lem. Życie nie z tej ziemi - Wojciech Orliński - książka niezła, ale chyba spodziewałam się zgodnie z tytułem czegoś "nie z tej ziemi". Niemniej pozytywnie wspominam zeszłoroczne spotkanie z panem Wojciechem, które odbyło się w rybnickim Juliuszu.

Duchowe życie zwierząt - Peter Wohlleben - świetna książka, która przedstawia aspekty inteligencji i niezwykłych zwyczajów zwierząt, które nas otaczają.

W 80 dni dookoła świata - Juliusz Verne - mamy pięknie ilustrowane wydanie z Buchmanna; ale dla mnie już na zawsze Fileas Fogg to zawsze dostojny lew, a Passepartout to zabawny chomik.

Dziecko wojny - Sara Nović - bardzo dobra rzecz.

Miasto Archipelag - Filip Springer – dobry reportaż, mam w planach jeszcze Źle urodzone.

Prostota - Brooke McAlary - inspirujący dodatek do Hygge.

Ktoś we mnie - Sarah Waters - wczoraj pisałam o tej książce. Nie wiem, czy to przez "zbliżający się" film, ale nie umie mi wyjść z głowy. W warstwie obyczajowej prędzej czy później pomyli mi się z Domem w Riverton.

Rój - Laline Paull - chyba pokuszę się o kilka słów na temat tej niezwykłej książki. Mam wrażenie, że to równie dobrze mogłaby być powieść s-f, której akcja rozgrywa się na obcej planecie wśród obcego społeczeństwa, nie koniecznie wśród pszczół.

Oprócz Verne'a (własnego) oraz Prostoty (recenzenckiej) pozostałe książki pochodziły z zasobów PiMBP.

Do moich zbiorów doszły trzy książki. Eseje Yeatsa oraz dwie pozycje Susan Sontag: Style radykalnej woli i Przeciw interpretacji (wydanie drugie, którego wreszcie się doczekałam).

W kinie byłam o dziwo tylko raz, za to z dzieckiem i na przeuroczej komedii o fajtłapowatym misiu Paddingtonie. Tym razem nie straszyła żadna taksydermistka😉 Na dvd odświeżyliśmy sobie Tintina i moje Młode od razu sięgnęło po komiksy. Daliśmy radę obejrzeć film "Pierwszy śnieg", ekranizację kryminału Jo Nesbo z Michaelem Fassbenderem. To nie jest dobry film. Nawet para głównych aktorów nie ratuje tej chały. Styczeń przyniósł nam również film s-f "What Happened to Monday", w którym siedem głównych ról gra Noomi Rapace. Pomysł dobry, wykonanie również, ale... czegoś zabrakło. Po dwóch latach wróciliśmy do serialu Człowiek z wysokiego zamku. Nie potrafiłam się odnaleźć w wielości wątków, ale kiedy już się wciągnęłam, to na dobre. Na wiosnę zapowiada się sezon trzeci, co mnie niezmiernie cieszy.

W tv po raz enty oglądamy serię o Harrym Potterze. Musiałam również po raz kolejny obejrzeć "Znachora" – ten film, prawdopodobnie za sprawą cudownego Jerzego Bińczyckiego ma w sobie niezwykłe ciepło. Niestety, długo przeze mnie oczekiwany "Mock" okazał się mocno niestrawny.

Korzystałam również z dóbr współczesnej technologii, czyli... z YT, gdzie wgryzałam się w kolejne filmiki Irytującego Historyka. Polecam. Bardzo ciekawie opowiada, widać, że jest pasjonatem i jeśli macie ochotę posłuchać czegoś wartościowego, to możecie poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jego kanałem. Również na YT można znaleźć krótkometrażówkę z Brendanem Gleesonem "Six Shooter". Zaprawiona czarnym humorem opowieść o kilkorgu podróżnych podmiejskiego pociągu.

Plany na luty?

Zaczęłam "Silva rerum", następne w kolejce są: "Słowik", "Szczygieł", "Czuły Barbarzyńca", "Kronika zapowiedzianej śmierci", "Sekretne życie drzew", "Dobry kłamca", "Stryjeńska" i "Wilki" Wajraka. 20 lutego już teraz zapraszam na spotkanie w rybnickiej Bibliotece z Wojciechem Chmielarzem.

Jeśli miałabym iść do kina to jedynie kusi "Kształt wody". Chciałabym nadrobić odkładane na święte nigdy zaległości na dvd, w tym ponoć rewelacyjny film "Mother!", oraz miedzy innymi "Makbeta", którego jeszcze nie miałam czasu obejrzeć.

Ktoś we mnie - Sarah Waters

Z pewnością podobnie jak ja, hołdujecie zasadzie „najpierw książka potem film”? Jeżeli tak, sięgnijcie śmiało po powieść Sarah Waters „Ktoś we mnie”. Zdjęcia do filmu już się rozpoczęły i nawet wyciekły pierwsze fotki z planu. Liczę na klimatyczny kameralny horror w doborowej obsadzie i mam nadzieję, że film spełni moje oczekiwania co do wizualnej strony. Spodziewam się czegoś w klimacie doskonałego moim zdaniem filmu „Szepty” (The Awakening). 

źródło: LubimyCzytac.pl

Jednakże książką jestem lekko rozczarowana. Chyba zbyt wiele spodziewałam się po tak utytułowanej autorce. Być może trafiłam na jej słabszą pozycję, więc nie skreślam jej definitywnie (chciałabym przeczytać jej sztandarowe dzieło „Muskając aksamit”). Na moje rozczarowanie wpływ miała nie sama fabuła, co niespieszna, co i rusz zwalniająca narracja, niesprecyzowana konwencja oraz irytujące cliffhangery. 

Całą historię poznajemy z ust małomiasteczkowego lekarza, doktora Faradaya, który za sprawą wizyty w podupadającym domostwie zaprzyjaźnia się z jego lokatorami. Jednakże stary dom skrywa swoje tajemnice, i jak to się często zdarza w wiekowych domostwach, sprawa ociera się o spirytyzm. Jednakże polski tytuł sugeruje, w która stronę „powinien być” skierowany języczek u wagi. 

Owszem, powieść może się podobać, szczególnie jej wątek socjologiczny, chodzi bowiem o zubożałą po II wojnie światowej angielską arystokrację; niedawni panowie w pocerowanych ubraniach roboczych zasuwają po gumnie jak nie przymierzając „jacyś chłopi”, a panie zamiast nosić perły, otulają się powycieranymi kocami, bo nie ma czym w piecach palić. Degradacja, a co za tym idzie wycofanie z życia publicznego potęguje tylko wrażenie wyobcowania. 

Głównym moim zarzutem jest niezdecydowanie autorki co do konwencji. Jeżeli to ma być horror – za mało straszy, jeżeli powieść psychologiczna, to portret doktora Faradaya jest niezbyt skomplikowany. Czegoś zabrakło, choć domyślam się, że rozwiązanie miało być niejednoznaczne i zostawiać nutkę niepewności, ale dla mnie osłabiło wymowę całej powieści. I kiedy już już akcja strzela w górę fajerwerkami ektoplazmy, wszystko nagle ucicha i jesteśmy świadkami nudnawej konwersacji w zdegradowanym saloniku. 

Jak wspominałam na początku, czekam z utęsknieniem na film, w którym grają Domhnall Gleeson (doktor Faraday), Will Poulter (Roderick Ayres), Ruth Wilson (Caroline Ayres) oraz czarująca jak zwykle Charlotte Rampling (pani Ayres). Pozostaje mi jedynie nadzieja, że polski dystrybutor nie zawiedzie (jak w przypadku „Goodby, Chrostopher Robin”.

Miasto archipelag: Polska mniejszych miast - Filip Springer

To już moje kolejne spotkanie z Filipem Springerem, reporterem, publicystą i fotografem. Od lat z kręgu jego zainteresowań nie znika architektura, szczególnie jej liczne kurioza, jak Stonehenge ze snopków siana, czy prowincjonalne hotele budowane w stylu "przepysznym". 


Na jednym ze spotkań, autor skonstatował, że nie jest w stanie zmienić przestrzeni, ani pojmowania architektury przez społeczeństwo, może jedynie punktować co bardziej widoczne spaczenia.

Z racji specyficznego tematu, Springer ociera się także o ważne aspekty socjologiczne, szczególnie widoczne w przypadku książki "Źle urodzone", gdzie wpisał się w nurt przewartościowania pewnych pojęć interesujących generację obecnych czterdziestolatków. 

Tak było i w przypadku Miasta Archipelagu, gdzie esej architektoniczny spotyka się z reportażem socjologicznym. "Rozpocząłem podróż, tak jak trzeba, od mapy", pisze Springer we wstępie. Mapa jest dość specyficzna, bo leciwa, przedstawiająca zapomniane dziś 49 województw. "Planując tę podróż, godzinami gapiłem się w mozaikę kolorowych plam, próbując połączyć jedną logiczną linią wszystkie te miasta, które były stolicami województw, a dziś już nimi nie są."

Tu rozpoczyna się podróż, którą autor odbywa nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie – nie jest to nasz zwyczajny czas liniowy, ale interferencja lat przedwojennych, powojennych i obecnych. Czas splata się tu jak pasma warkoczy, lub płynie jak woda: "Dajmy na to figurka słonia - ma dwieście lat. Miała pewnie kilkunastu właścicieli. I kto ma tu kogo odmierzać? Kto kogo posiada?" pyta w Lesznie właściciel antykwariatu. 

Właściwie, kiedy czytałam przypomniało mi się wielokrotnie cytowane powiedzonko o pięknym kraju i ludziach k*. U Springera jest odwrotnie, to ludzie są piękni, a kraj tak brzydki, że oczy usychają. Kilkukrotnie nawet Springer pastwi się nad Koszalinem, który byłby ładny, gdyby nie centrum. Tu nawet matka natura dokłada swoje pięć groszy, by unicestwić to szkaradztwo, jakim są miasta, o czym dobitnie świadczy historia wybuchu wody w Pile (sic!).

Za to ludzkich bohaterów Springer wybrał bardzo pozytywnych – tu każdy coś tworzy dla swojej małej ojczyzny, i jak zakochany głupiec próbuje, ile sił, by wokół było lepiej, dostatniej, przyjemniej.

Prostota; siła codziennych rytuałów - Brooke McAlary

"Boimy się tego, co odkryjemy, jeśli pozwolimy sobie na zwolnienie tempa, damy sobie czas do krytycznego namysłu nad swoimi decyzjami, otworzymy się na samopoznanie."


Otacza nas zgiełk i pośpiech. Brooke McAlary w książce "Prostota; siła codziennych rytuałów" proponuje kilka prostych tricków, by nasze życie stało się mniej zabiegane, zwrócone ku wnętrzu i bardziej wartościowe. McAlary jest autorka popularnego bloga Slow Your Home, w którym proponuje zmianę trybu życia na bardziej zrównoważony i skierowany na rodzinę i codzienne małe przyjemności.

Autorka "Prostoty" za Leo Babautą, guru minimalizmu, powtarza: "Naucz się cieszyć życiem, które przeżywasz, a okaże się ono cudowne", co bardzo przypomina definicję szczęścia według stoickiego filozofa rzymskiego z przełomu I i II wieku, Epikteta (Nie usiłuj naginać biegu wydarzeń do swojej woli, ale naginaj wolę do biegu wydarzeń, a życie upłynie ci w pomyślności).


Na bolączki codzienności McAlary proponuje praktykowanie uważności. Pokazuje jak w siedmiu prostych krokach (pięć rytuałów i dwa rytmy) odnaleźć spokój i oczyścić umysł. Przede wszystkim należy odłączać się od świata on-line, żyć bardziej analogowo, ustalić sobie codzienny harmonogram. W oczyszczaniu umysłu ma pomóc tworzenie prostych list ważności. Ogólnie autorka proponuje pisanie czegokolwiek, by wypłynęły z nas myśli i oczyściły umysł szczególnie przed wieczornym spoczynkiem oraz rano, przed zaczęciem dnia.

Książka jest zaskakująco krótka. Wpisuje się w modny nurt minimalizmu i Slow Life. Lubię poradniki, szczególnie, jeśli są inspirujące i coś wznoszą do mojego życia. Co wniosła Prostota? Chyba utwierdziła mnie w świadomości, że moje intuicyjnie dokonywane codzienne wybory są dobre. Wole poświęcić czas na grę z dzieckiem w planszówkę niż spędzać go bezmyślnie gapiąc się w ekran komputera. Także to, że robię listy pomogło mi poukładać swoje myśli, a co za tym idzie, życie codzienne. Myślę, że "Prostota" jest dobrym uzupełnieniem Hygge, w którym zakochali się Europejczycy (ze mną włącznie).

Za możliwość przeczytania Prostoty dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Dziecko wojny - Sara Nović

Jak zmierzyć się z traumą? Najlepiej ją przepracować. A jak zmierzyć się z traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa, kiedy przypadło ono na czasy krwawego konfliktu?
źródło: LubimyCzytac.pl

Z taką przeszłością musi się zmierzyć Ana, bohaterka powieści Sary Nović "Dziecko wojny". Ana Jurić, Chorwatka z Zagrzebia jako dziesięciolatka była świadkiem szybko eskalującego konfliktu na Bałkanach. "Współczesna wojna charakteryzowała się tym, że mieliśmy przywilej oglądania destrukcji naszego kraju w telewizji." Lecz szybko stało się jasne, że konflikt będzie narastał i pochłonie niejedną rodzinę. Niefortunny zbieg okoliczności przesądzi o życiu i śmierci najbliższych Any.

Dziesięć lat później Ana, już jako Amerykanka została poproszona o wystąpienie w ONZ na temat dziecięcych żołnierzy, ponieważ była jednym z takich nieletnich bojowników. Musi na nowo zmierzyć się z ranami na psychice, rozdrapać je, by zaczęły się goić. Od lat żyje jako dziecko zamerykanizowanych Włochów, i nikt nie podejrzewa, że pochodzi z Europy. Choć, jak sama pisze, ma ciemne oczy po matce, a po ojcu jasną, piegowatą cerę, przez którą rówieśnicy jeszcze w Chorwacji przezywali ją Czeszką lub Polką.

Ana do pewnego stopnia żyje normalnie, lecz jest wrażliwsza niż reszta jej otoczenia. Studiuje literaturę, przyjaźni się z profesorem, który podrzuca jej powieści innego emigranta, W. G. Sebalda, a na ścianie jego gabinetu wisi plakat z Szymborską. Jednak Ana cały czas maskuje swoja przeszłość, izolując się od głębszych relacji nawet z chłopakiem: "Nie chciałam, żeby Brian poznał Juniora [wuja]; separowałam go od całej rodziny w obawie, że wymknie im się coś o mojej przeszłości."

Lekarstwo na tę chorobę jest jedno: powrót do powojennego Zagrzebia, odnalezienie śladów przeszłości i przyjaciół rodziny, o których nie wie nawet, czy żyją.

"Dziecko wojny" jest debiutem powieściowym Sary Nović. Jest to debiut dojrzały i wyważony. Choć opisuje piekło, które wręcz przytłacza jej bohaterkę, czytelnik nie odnosi wrażenia beznadziejności sytuacji. Być może to charakter Any, która jest odważną, rezolutną dziewczynką (a później kobietą) każe nam ją z miejsca polubić i - może to zabrzmi dziwnie - dopingować ją. W książce cały konflikt pokazany jest oczami dziecka, lecz nie jest to widok naiwny.

Trzymam kciuki za dalszą karierę Sary, która działa również na rzecz niesłyszących. Polecam jej mądry artykuł dla The Guardian o byciu niesłyszącą powieściopisarką. What it's like to be a deaf novelist

Jaki jest sens blogowania? [subiektywnie]

Po ponad dekadzie blogowanie przychodzi czas refleksji. Kim jestem jako bloger, co daje mi blogowanie i w ogóle, komu to potrzebne? Co i rusz przez internet przetacza się dyskusja nad sensem blogów książkowych. Chciałabym dorzucić swoje pięć groszy.

Dlaczego bloguję? Chcę zachęcić czytelników do sięgania po bardziej wymagające lektury, pokazać alternatywę dla mainstreamu. A także pokazać, że można z powodzeniem sięgać po książki nawet stuletnie, które coraz częściej traktowane są nie jako przedmioty użytkowe, lecz jako eksponaty muzealne. Owszem, czasem i u mnie zawitają nowości, bo przecież trzeba być na bieżąco, a niekiedy – o dziwo – pojawi się coś lekkiego!

Dla kogo piszę? Statystycznie większość moich czytelników to kobiety koło trzydziestego roku życia. Ale na blogu próżno szukać typowo kobiecej prozy. Miło mi, kiedy czytają i komentują mój blog i mężczyźni, i kobiety.

Rekomendacje, recenzje czy felietony? Jak właściwie nazwać to, co uprawia 99% książkowych blogerów? Są to nasze subiektywne opinie na temat przeczytanych (bądź nie przeczytanych!) książek, które w dużej mierze opierają się na naszych dotychczasowych wyborach, a nawet przeżyciach czy marzeniach. Większość z nas nie uprawia typowej recenzentki, bo śmiem wysunąć tezę, że taka nie ma racji bytu w internecie – profesjonalne recenzje literackie są zbyt suche i hermetyczne, by dotrzeć do większej liczny osób. Nie tego szukamy na portalach; prędzej weźmiemy do ręki książkę, która poleciła nam znajoma o podobnym guście, niż zawodowy krytyk literacki piszący o kompozycji utworu i jego walorach artystycznych, dydaktycznych, etc. Dzisiejsze trendy to autentyczność i subiektywizm! Nie zrozumcie mnie źle - teksty krytycznoliterackie są nierzadko wspaniałe, ale lepiej się je czyta w wydaniu drukowanym, a nie czarujmy się, siecią rządzi pośpiech.

Czy blogi propagują czytelnictwo? Nie można potwierdzić, ani też zaprzeczyć. Nikt jeszcze nie podjął się przeprowadzenia takich badań. Ale spróbuję sama w odniesieniu do siebie odpowiedzieć na to pytanie. Od kiedy Setna Strona stała się moim książkowym poletkiem, czytam o wiele więcej. Owszem, czytam inaczej, szybciej, jakby specjalnie "pod bloga", ale też ścigam się sama ze sobą w corocznym wyzwaniu. Nie byłoby tego, gdyby nie blog (nie mylić z robieniem "na pokaz"!) Czy więc piszemy sami dla siebie? Chyba jednak nie. Jasne, że większość odwiedzających nasze blogi to inni blogerzy - szukający inspiracji, chcący skonfrontować swoje opinie z kimś innym, ale spotykam się na co dzień z nie-blogerami (wybaczcie ten potworek językowy), którzy zaglądają do blogosfery w poszukiwaniu dokładnie tego samego, co my, blogerzy! Nie komentują? Nie ma po nich śladu? Być może, ale z pewnością każdy z Was kiedyś został zaczepiony słowami "czytam pani/pana bloga".

Gdyby nie blogerzy niemal nie byłoby opinii na popularnych portalach, takich jak LC. O nowościach dowiadywalibyśmy się chyba tylko z anonsów w gazetach i wystaw księgarń.

Co mi dało blogowanie? Przede wszystkim poznałam masę dobrej literatury, której pewnie bym nie odkryła, gdyby nie rekomendacje na zaprzyjaźnionych blogach. Jednym z ważniejszych bonusów blogowania jest również możliwość poznania osób o podobnej pasji. Poznałam wspaniałych ludzi, których darzę ogromną sympatią, a także od czasu do czasu mam okazję wypić z nimi kawkę, dyskutując na tematy okołoliterackie (z takich nieformalnych spotkań wyewoluowała grupa ŚBK, a wiem, że Warszawa ma podobną grupę blogerów).

Jaka jest przyszłość blogowania? Ileż to razy zastanawiałam się, czy jednym przyciskiem nie wykasować ponad 500 postów i kilku ładnych lat pracy? Albo zawiesić bloga, niech umiera polowi zapominany w odmętach internetu? Ale nadal tu jestem. Choć - co z mojej winy raczej nie przysparza mi czytelników - nieregularnie. Czy blogowanie ogólnie ma przyszłość? A czemu nie? To nasza jedyna platforma do wypowiedzenia się w internecie. Owszem, czasem przypomina to tłum w Hyde Parku, który na postumentach wygłasza tyrady, ale ktoś tam w tym wirtualnym świecie nas jednak słucha i nierzadko odpowiada!

I jeszcze na sam koniec. Z pewnością zauważyliście nowy szablon... i jak się Wam podoba? Tylko szczerze:)

Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

O ile końcówka zeszłego roku przyniosła mi czytelnicze rozczarowania, o tyle 2018 rozpoczął się dla mnie od znakomitej prozy! Właściwie Światło, którego nie widać jest tak dobrą powieścią, że jeszcze ją przetrawiam.


Pisana z rozmachem przez ponad dziesięć lat najnowsza powieść amerykańskiego autora, Anthony'ego Doerra, zachwyciła czytelników na całym świecie, a także przykuła uwagę krytyki i przyniosła powieściopisarzowi prestiżową Nagrodę Pulitzera.

Historia opowiada o dwojgu młodych ludziach, niewidomej nastoletniej Francuzce oraz osieroconym niemieckim chłopaku. Bohaterowie wplątani są w wojenną machinę - ona jako uciekinierka z okupowanego Paryża, on jako żołnierz Wehrmachtu.

Marie-Laure zafascynowana powieściami Verne'a, które "pożera" czytając Braille'em, staje się powierniczką sekretu, który powierza jej mimo woli ojciec, ślusarz paryskiego muzeum, oraz konstruktor przemyślnych schowków i miniatur. Werner, wychowaniec sierocińca na pozór skazany na dożywotnią pracę w kopalni, dzięki swojemu zamiłowaniu do radioodbiorników i ich działaniu znajduje się w prestiżowej szkole, która jednak bardziej przypomina zindoktrynowaną szkołę przetrwania, gdzie "słabszy" zostaje "zadziobany" przez nastoletnich oprawców. Losy obojga krzyżują się w nadmorskiej miejscowości Saint–Malo.

Co ciekawe, młody Niemiec nie jest przedstawiony w kategoriach, które się nasuwają; świat Doerra nie jest spolaryzowany na dobrych Francuzów i złych Niemców, wręcz mogłabym rzec, że kategorie podobnego dualizmy w ogóle autora nie interesują. Jednym z ważniejszych wątków jest za to pewien unikatowy klejnot, który zgodnie z legenda niesie ze sobą klątwę.

Jednakże Doerr nie funduje czytelnikowi wyciskacza łez ani też klasycznej prozy wojennej. Powieść utrzymana jest w tonie realizmu, lecz bez zbędnej brutalizacji. Przekonuje także punkt widzenia młodych bohaterów, dla których z racji wieku wszystko jest jeszcze na poły magiczne, nieznane i wyolbrzymione.

Proza Amerykanina jest tak plastyczna, że niemal już oczyma wyobraźni widziałam filmowe ujęcia (być może to specyfika prozy naszych czasów, że autorzy celowo tworzą niemal już gotowe materiały na ekranizacje). Jestem pewna, że prędzej, czy później film powstanie i pozostaje tylko mieć nadzieje, że twórcy unikną pułapki zbędnej sentymentalizacji.

Rozmyślania - Marek Aureliusz

Na przełomie 2016 i 2017 roku miałam okazje uczestniczyć w niezwykle inspirującym kursie biblioterapii na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Poznałam na nim wspaniałe, zarażające optymizmem i kreatywnością prowadzące oraz współuczestniczki kursu przybyłe z całej Polski; wymieniałyśmy się nie tylko doświadczeniem ale także tytułami książek, które mogą być pomocne na zajęciach z biblioterapii.


Ze swojej strony zaproponowałam książkę z dziedziny filozofii. Nasycone mądrością i głębią "Rozmyślania" Marka Aureliusza. Marek Aureliusz był rzymskim cesarzem z II-go wieku. Słynął z mądrości, oraz zamiłowania do filozofii stoickiej.O genezie Rozmyślań wiadomo niewiele – prawdopodobnie były spisanymi wykładami Aureliusza, które pierwotnie nosiły nieformalny tytuł O sobie samym; domniemywa się także, że były spisane dla syna cesarza, Kommodusa (cesarza-tyrana ukazanego w filmie Gladiator).

Utrzymane w duchu myśli stoickiej "Rozmyślania" są zbiorem luźnych rozważań, pełnym mądrych sentencji, a głębia monologu wewnętrznego autora robi ogromne wrażenie. Marek Aureliusz uczy, jak żyć spokojnie, być powściągliwym, wyzbyć się zgubnej pychy i ułudy, co ma doprowadzić do dobrego życia, a także wyjaśnia wiarę w bogów, często przy tym cytując Epikteta ("Duszyczką jesteś dźwigającą trupa"), Platona i Antonina (poprzednik Marka Aureliusza na tronie, także wielki admirator filozofii stoickiej). "Nigdzie – pisze Marek Aureliusz – nie schroni się człowiek spokojniej i łatwiej, jak do duszy własnej (…). A nic innego nie nazywam spokojem, jak wewnętrzny ład."

Jak na wstępie zaznaczyłam, jest to dobra pozycja w biblioterapii, z której można czerpać garściami potrzebne maksymy, jak tę o puszczaniu złych rzeczy w niepamięć: "Usuń wyobrażenie, a usunie się i poczucie krzywdy, usuń poczucie krzywdy, a usunie się i krzywda." Dalej autor pisze: "Od tego, co sobie często wyobrażasz, zawisł twój sposób myślenia. Dusza barwi się wyobrażeniami." Spróbujmy więc myśleć ociupinkę pozytywniej, kto wie, a nóż będzie się nam lepiej żyło?Jak pokornie znosić to, co nam się przydarza, szczególnie ze strony innych? "Jeżeli to od ciebie zawisło, dlaczego to robisz? Jeżeli od kogo innego, dlaczego się gniewasz? (…) Jeżeli możesz, to go popraw. A jeśli nie możesz to popraw jego czyn. A jeśli i tego nie możesz, cóż ci pomoże gniewanie się?"

Autor ma także wiele zrozumienia dla ludzkiej natury, kiedy niemal wykrzykuje "A choćbyś pękł, nie zmieni się postępowanie ludzi", i przypomina, że "ludzie istnieją dla siebie wzajemnie. Albo ich wiec pouczaj, albo znoś".Na sam już koniec jeszcze jeden cytat z Rozmyślań "O cóż należy się starać? O to jedno: sprawiedliwy umysł, działalność pożyteczną dla ogółu i mowę niezdolną nigdy do kłamstwa, i umysł pogodnie przyjmujący to, co się dzieje, wszystko jako rzecz konieczną, jako rzecz zrozumiałą, jako to, co płynie z tego samego, co i my, początku i źródła"

Niezależny konkurs literacki na polską książkę roku 2017 – „Brakująca Litera 2017”

Kochani, zostałam poproszona o promocję niezależnego plebiscytu na najlepszą, zdaniem czytelników, polską książkę roku 2017. Konkurs organizowany jest pod adresem http://brakujaca-litera.pl/.


"Większość książkowych rankingów opiera się na ilości sprzedanych egzemplarzy, napędzanej promocją danej publikacji. Najczęściej przy współudziale liczących się na rynku Wydawnictw oraz dzięki nie zawsze obiektywnym recenzjom. Zdarza się, że z powodu braku należytego rozgłosu wiele wartościowych książek przechodzi bez echa. Bywa, że dopiero czysty przypadek sprawia, że trafiają one, często po latach, do rąk Czytelników. Dlatego mając na względzie ów smutny fakt, postanowiliśmy wcielić w życie pomysł, krążący w świecie literackim od wielu lat, i zorganizować konkurs literacki w formie rankingu, zupełnie inny i niezależny od pozostałych.

Pragniemy dać szansę KAŻDEJ polskiej publikacji wydanej w mijającym 2017 roku, nie tylko tej promowanej. Każdej, która z subiektywnych względów zapadła w serce Czytelników. Toteż zwracamy się z gorącą prośbą o czynny udział w tym nietypowym przedsięwzięciu.

Kochani! Pomóżcie zdecydować, które tytuły spod piór rodzimych twórców znajdą się w naszej konkursowej TOPowej Dziesiątce polskich książek opublikowanych w 2017 roku. Nad wyłonioną głosami czytelników TOP10 pochylą się głowy jury, które wybierze spośród nich najlepszą pozycję roku 2017.

Bardzo Was prosimy o zapoznanie się z Regulaminem oraz zaangażowanie. W zakładce Głosowanie każdy z Was może podać swoje 3 typy książki, która według Was zasługuje na wyróżnienie. Wytyczne co do zgłaszanych pozycji są tylko dwie: musi to być dzieło polskiego autora, oraz data wydania musi mieścić się pomiędzy 1 stycznia a 31 grudnia 2017 roku."*

* tekst ze strony http://brakujaca-litera.pl/.

Jonathan Strange i pan Norrell - Susanna Clarke

Nie pamiętam już dokładnie, w jakie odmętu internetu się zapuściłam, ale nagle zaświtała mi w głowie myśl - muszę wreszcie wypożyczyć Strange'a i Norrella. Przez kilka lat bezskutecznie poszukiwałam serialu (niestety nadal szukam, podobnie jak kolejnych odcinków Szkarłatnego płatka i białego). Książkę z miejsca zamówiłam w bibliotece i już wieczorem mogłam się nią delektować.


Tak, delektować! Magia. Kocham to słowo. Nie tylko całkiem przepadłam w Potterowskim uniwersum, ale dalej poszukuję czegoś choć odrobinę przypominającego genialny miniserial o Merlinie z Samem Neillem.

Wielka Brytania, czasy regencji (literacko – czasy Jane Austen), magia jest uprawiana czystko teoretycznie, co skojarzyło mi się z filozofią, którą dziś uprawia się wyłącznie w ujęciu historii filozofii. I nagle po setkach lat jeden nieśmiały egocentryczny człowieczek przywraca magię Anglii, a wręcz światu. Tytułowy Pan Norrell czyni z magii obiekt mody na miarę (późniejszych) wirujących stolików. Jednakże szybko zyskuje ucznia oraz, jak to często bywa, głównego adwersarza w osobie Jonathana Strange'a.

Powieść o angielskich magach jest debiutem Susanny Clarke. To debiut znakomity, przemyślany i świetnie napisany. Neil Gaiman wypowiada się o powieści w samych superlatywach; nie dziwota, że autorowi Nigdziebądź podoba się ten specyficzny mrok, fantazja i nieprzewidywalność fabuły, bo w niektórych momentach miałam wrażenie, że Susanna Clarke jest tym, czym Robert Galbraith dla JK Rowling.

Powieść liczy sobie z górką osiemset stron. I to jest... mało! Przygody magów i ich znajomych są tak pochłaniające, że angażują bez reszty. Sugestywnie wykreowane uniwersum wykreowane jest wręcz doskonałe - skłaniają się na to legendy, liczne przypisy, które odwołują się do wielu magicznych publikacji, a nade wszystko różnorodne i pochłonięte swoimi spraw(k)ami istoty magiczne, które lekce sobie ważą ludzkie ambicje i uczucia. Słowem - w Jonathanie Strange'u i Panie Norrelu można się zakochać!

Bullet Journal [po roku]

Ponad rok temu trafiłam na modną metodę planowania, czyli bullet journalig. Przeczytałam na ten temat "cały internet" i postanowiłam spróbować. O swoich początkach pisałam TU. Możecie się śmiać, ale to właśnie dzięki bujo ogarniam rzeczywistość - mam plany, listy i wydarzenia w jednym miejscu, plus pole do popisu dla swojej kreatywności.
Zeszyty z zeszłego roku

A teraz zmierzę się z tym, co po roku wyszło, a co nie zadziałało. 
Działa: 

  • Prostota! 
  • Listy. Jestem człowiekiem-list. Robię listy wszystkiego - szczególnie rzeczy do zrobienia, kupienia, książek do kupienia, kupionych, przeczytanych, do przeczytania, filmów do obejrzenia, angielskich słówek, planów, projektów szydełkowo-drutkowych. Im prostsze listy, tym lepsze. 
  • Tygodniówki i kalendarz na bieżący miesiąc. Tygodniówka pozwala mi ogarnąć optymalną ilość dni i zaplanować spotkania, pamiętać o wycieczkach, fluoryzacji, zakupach, rzeczach do zrobienia na bieżąco, ponadto wpisuję książki, które są "w kolejce", etc. 
  • Doklejanie żółtych karteczek, np. z listą zakupów. Potem odklejam i mam gotową, z którą wybieram się na zakupy. 
  • Jeden zeszyt optymalnie na rok. Zaczęłam 2017 w jednym zeszycie, w którym porobiłam mnóstwo fikuśnych tabelek, a których już nie uzupełniałam z oczywistych względów, kiedy przeniosłam się do innego zeszytu. Postanowiłam w tym roku robić mniej (zupełnie niepotrzebnych) prywatnych notatek, które tylko zabierały przestrzeń. Wiem, brzmi to dziwnie, ale postanowiłam zrezygnować z prowadzenia dziennika osobistego. Lista lektur, wrażeń, etc. – owszem, dziennik w stylu "drogi pamiętniczku" - odpada! Na 2018 mam od męża/Mikołaja/Dzieciątka śliczny dziennik Paperblanks i mam nadzieję, że się sprawdzi.

Tygodniówka i habit tracker
Przeważnie właśnie tak zapisane były moje tygodniówki (dużo do zrobienia)



Nie działa: 

  • Indeks. Ani razu na niego nie spojrzałam. 
  • Numerowanie stron. 
  • Kropki. Najlepiej sprawdzają się u mnie czyste kartki, ale lubię też szerokie linie. 
  • Trackery. Robiłam je na siłę, więc tak koło kwietnia dałam sobie spokój. 
  • Taśmy washi - zastosowałam je dwa razy. Nie ma sensu ich kupować, jeśli się nie ma przekonania do ich użyteczności. Jeśli chcę coś zaznaczyć używam karteczek indeksujących. 
  • Doodle – chociaż zdarza mi się coś skrobnąć od wielkiego dzwonu, to jednak zbyt oryginalna nie jestem i ograniczyłam się do... kaktusów i grzybów, które mi wychodzą. Żadnych łapaczy snów, mandal, fikuśnych labeli. Strony z "Hello December", etc. - najzwyczajniej w świecie szkoda mi kartek. 
  • Spis filmów i seriali, które obejrzałam w tv i na dvd. Po miesiącu mi się odechciało, bo wbrew pozorom dużo tego było. 
  • Zbyt grube zeszyty. Mdli mnie na myśl, że miałabym w takim obszernym tomisku pisać kilka lat. Przecież to strasznie nudne! Dla mnie pięcioletnie dzienniki to przedsionek piekła. Nie wiem, czy taki roczny planer mi się po pół roku nie zbudzi, ale zaś pół roku, czy mniej też nie jest wyjściem, bo trzeba wszystko przenosić do nowego zeszytu. 
  • Nie lubię formy kołonotesu ze spiralą, nie jestem także przekonana do hybryd. 
  • Akwarele. Po prostu nie umiem w akwarele😉 
  • Wydruki. Kiedy je projektuję wyglądają dobrze, wydrukowane w formacie zeszytowym są mało przejrzyste i zostaje mało miejsca na notatki.

Drukowana tygodniówka - akurat mniej zapisana, ale bywały takie, na których nie było miejsca na notatki!

Co mi się marzy na ten rok? Może więcej art/voyage jurnalingu, ponieważ zrezygnowałam z prowadzenia dziennika, a niektóre momenty życia warte są zachowania. Mam nadzieję, że mój nowy Paperblanks mi da to, czego potrzebuję. Kocham te okładki i mam już całą listę Paperblanksów do wypróbowania. W zeszłym roku zapełniłam trzy notesy: empikowy z własnoręczna okładką - pisało się po tych stronach po prostu bosko, cały czas szukam czegoś takiego; zaczęłam szkicownik Creadu, ale jednak pisało się w nim źle (no bo to szkicownik, he he), potem miałam notes Paperblanksa, kiedy mi się skończył zapełniłam dwa zeszyty z lat 80-tych ze strychowych wykopków.
Mój nowy kalendarz Paperblanks

W międzyczasie starałam się wykończyć dwa maluśkie notesy, ale kupiłam trzeci (że niby na adresy i inne, ale tak naprawdę, bo mi się okładka podobała). Pracowe rzeczy mam w notesie Qbook, który wygrałam u Agnieszki z Dowolnika, do tego notesu mam liniuszek z zeszytu w kratkę. No i mam jeszcze Rhodię do notatek z historii i geografii (człowiek całe życie się uczy, nieprawdaż?). W kwietniu (Targi Pióra) planuję Leuchtturm1917 – mam nadzieję też zdobyć jakieś dobre pióro, bo moje umarło w grudniu i piszę szkolnym pożyczonym od dziecka (spokojnie, dziecko pisze moim Parkerem, tzn. teraz już swoim Parkerem😉 A jak mnie najdzie ochota na prowadzenie pamiętnika (jednak) to sięgnę po moją ukochaną serię zeszytów z gumką Gorjuss.
Strona tytułowa oraz notes (wyrywany) z listą na zakupy

Kalendarz na 2018 - już zaczęłam wklejać ;)

To powinno być motto na 2018: Prostota - umiar - elegancja!

Małe podsumowanko [2017]

Przede wszystkim chciałam Wam bardzo serdecznie podziękować, że zaglądacie do mnie, że zostawiacie komentarze. Bloguję już ponad dekadę (tak!) i ta aktywność dała mi wiele satysfakcji - poznałam wiele wspaniałych osób, blogerów i miłośników literatury. No i wszystkie te cudowne książki! 

Mijający rok był dla mnie prywatnie niezbyt łaskawy, a literacko minął tak dziwnie szybko, że mam wrażenie, że odcinam kupony i "lecę" z książkami z rozpędu. Z przygotowanej "wielkiej listy książek do czytania" zniknęło dosłownie kilka tytułów, bo skupiłam się na nowościach i książkach... przypadkowych. Jakbym się gdzieś pod drodze zagubiła.

Mam jeszcze kilka bibliotecznych tytułów, nowości (może sprzed kilku, kilkunastu miesięcy), i są to książki, które szczególnie chciałam przeczytać - biografia Lema, Silva Rerum, Światło, którego nie widać, Próba oraz Dzieci wojny. Własne regały zasiliłam kilkoma pozycjami z Karakteru, Czarnego, mam także kilka nowości po angielsku, które zamierzam przeczytać, póki są nowościami;) Chciałabym wrócić do moich staruszek. Chciałabym reanimować książki nieoczywiste, ale nie wiem, czy ma to sens? 

Wiele osób narzeka na dziwne zjawisko: wybieramy książki szybkie, bo te, które idą wolniej hamują ruch na blogu. Złapałam się na tym i mocno skarciłam. Efektem była posucha w marcu i kwietniu. Nie chcę narzekać na spadek odwiedzin, ale - spadły i to znacząco. Ostatnio przez blogosferę przetoczyła się nawet dyskusja na ten temat (na kilku blogach, niezależnie od siebie)  - ja upatruję to w nowoczesnych szablonach, które pozbawione są "głównego źródła wejść", czyli blogrolla. Chociaż może nie trafia do mnie, że na przykład piszę w nudny, nieatrakcyjny sposób, a moje posty są zachowawcze. 

Stosik z przełomu roku. 
  

Co wyszło? 
W tym roku przeczytałam 73 książek. Lista do przeczytania rośnie zastraszająco, bo zamiast skreślać, dopisuję nowe tytuły. 

Książki przeczytane w 2017, które uważam za najlepsze to bez wątpienia Małe życie, Quo Vadis, Milczenie, Profesor, Amerykańska sielanka, Góra Tajget oraz Szkarłatny płatek i biały.

Najbardziej inspirujące były dla mnie podróże, na które zaprosili mnie Meik Wiking [Hygge], oraz Justyna Sobolewska [Książka o czytaniu].

Uśmiałam się setnie przy Steinbecku. Za to płakałam jak bóbr przy Steadman.

Nadrobiłam zaległości w powieściach graficznych [Maus, Persepolis, Watchmen, V jak Vendetta]. W 2018 sięgnę po Hellboya i obiecuje sobie wreszcie dokończyć Ekspedycję.

Ale niewątpliwie ten rok należał u mnie do kryminałów, przeczytałam ich aż 14! Szczególnie uwielbiam kryminały retro, a także skandynawskiej spółki autorskiej Per Wahlöö, Maj Sjöwall.

Kilka(naście) razy fatalnie się zawiodłam. Spróbowałam nowych gatunków, ale raczej nie będę kontynuowała czytania YA (chociaż mam w planach nowego Greena), czy młodzieżowego fantasy.

Miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniach autorskich z Evženem Bočkiem, Justyną Sobolewską, Małgorzatą Czyńską, Włodzimierzem Kowalewskim oraz Thomasem Arnoldem.

16 książek polskich autorów, jedynie 29 książek własnych (kocham-wypożyczam;), niestety, nic po angielsku:/ #edit! Jednak udało mi się "wcisnąć" Fantastic beasts and where to find them [original screenplay] :)

Założyłam konto na instagramie. Załapałam się na akcję promocyjną z Zafonem. Wydałam pół wypłaty na Śląskich Targach Książki. A do pełni szczęścia brakuje mi tylko 4 Kolibrów! Miałam także dwie wystawy fotografii - małą w czytelni PiMBP (Bibliofilia), oraz skorzystałam z możliwości, jakie daje Galeria Bez Auta w ZTZ.

Jedno z moich zdjęć z wystawy pokazywanej w ZTZ. 


Co nie wyszło? 
Zaległa recenzja Cichego Donu nadal jest zaległa... Sapere aude z racji nowych obowiązków w pracy jest odsunięta ad calendas graecas...

Wskaźniki wejść i ilość komentarzy, nad czym boleję, spadają. Cześć w tym także mojej winy, bo w tym roku to 55 post, a zeszły rok kończyłam z ilością 82 postów. Mniej także tematów okołoksiążkowych i książek nieoczywistych.

Plany na 2018? 
Na Setnej Stronie coraz więcej nowości. Nadrabiam, bo trzeba być na bieżąco, przez co niemal nie sięgam po moje ukochane starowinki. Czasem, kiedy nie umiem zasnąć liczę, ile jeszcze jestem w stanie książek przeczytać. Przypuśćmy, że czytam 70 książek rocznie, a średnia długość życia kobiet w Polsce wynosi 81 lat (sic!), to wyszło mi 3 150 tak pi razy drzwi. No to sami widzicie, że to nie jest tak dużo! (No i ciekawe, czy mając 80 lat "utrzymam" ten sam poziom czytania?)

U dołu strony dodałam kalendarz google'a, na którym podlinkowane są posty; można się z niego również dowiedzieć, co będzie tydzień, dwa naprzód. 

Co w styczniu? 2-go zapraszam na post o bullet journalu. Kolejny tydzień będzie poświęcony grom planszowym, a następny notesom i dziennikom, które zgromadziłam. Czytelniczo zacznę od angielskich magów z czasów regencji, by płynnie przejść do... a nie, to niespodzianka.